
Bill Gates miał kiedyś powiedzieć: „Gdyby samochód rozwijał się w takim tempie jak komputer, ważyłby dziś 5 kg, palił galon na 1000 km i osiągał prędkość ponad 800 km/h”. Ponoć rzecznik General Motors odpowiedział na tę prowokację słowami, że gdyby GM rozwinął taką technologię jak Microsoft, auto ulegałoby wypadkowi dwa razy dziennie bez żadnego powodu, po każdym nowym malowaniu znaków na jezdni należałoby kupić nowe auto, które i tak od czasu do czasu stawałby bez powodu na drodze. Wtedy należałoby uznać to za normalne, zapalić ponownie silnik i kontynuować jazdę.
Kiedyś się z tego dowicpu śmiałem, dziś wiem, że był proroczy. Bo producenci samochodów doprowadzili do tego, że auto niewiele różni się od iPoda. Tylko nie budzi takich emocji. Każdy nowy produkt z literką „i” rozpala internetowe fora a iManiacy nocami stoją w kolejkach, by doświadczyć geniuszu Steve’a Jobsa. Czy ktoś walczy łokciami, by jako pierwszy zasiąść za kierownicą Mistubishi iMiev?
Gdy na ekranie mojego odtwrazacza mp3 wyświetli się napis ERROR a potem zgaśnie na wieki, wcisnę go w najciemniejszy kąt szuflady i po krzyku. I nic mi się nie stanie. A kiedy popsuje się auto, i to w trakcie jazdy? Japończycy doprowadzili do tego, że produkowane na masową skalę, pozbawione duszy i wyprane z emocji blaszane pudełka zawodzą w najważniejszych momentach i zagrażają ludziom. Szef Toyoty, Akio Toyoda, korzy się przed amerykańskim Senatem, przeprasza klientów i drży o sprzedaż swych wyrobów. Wolałbym, żeby zatroszczył się o ludzkie życie. Bo na gigantycznym amerykańskim rynku blokujący się pedał gazu stał się ponoć przyczyną dwóch tysięcy(!) wypadków i kosztował życie pięciu osób.
Przed tą samą senacką komisją, przed którą pąsowiał ze wstydu szef Toyoty, stanęła jako świadek właścicielka Lexusa, który w 2006 roku postanowił sam sobie pojeździć.
- Starałam się zmieniać biegi w samochodzie na wszelkie możliwe sposoby – w tym także na bieg neutralny. W pewnym momencie wrzuciłam wsteczny jednak samochód ciągle przyspieszał osiągając prędkość ponad 160 kilometrów na godzinę. Wciskałam hamulec obiema nogami, włączyłam także hamulec ręczny jednak to też nie pomogło. [...] Po 6 milach zainterweniował Bóg. Samochód zaczął powoli zwalniać, zjechałam na bok i zatrzymałam się. Nieustannie trzymałam obie nogi na hamulcu jednak silnik ciągle zmieniał obroty – opowiadała Rhonda Smith.
Na ogół uważam Amerykanów za bardzo wdzięczny temat niewybrednych dowcipów, ale pani Smith głęboko współczuję. W takiej sytuacji nawet Nergal zacząłby się modlić. Uwielbiam jeździć, ale nie wiem, czy po czymś takim odważyłbym się wsiąść do samochodu. Bo po co nam poduszki, kurtyny, systemy bezpieczeństwa? W starciu ze źle zaprojektowanym, kilkucentymetrowym kawałkiem metalu stały się bezużytecznym szmelcem.
Czy problemy z zacinającym się pedałem to tylko zwykła usterka, która po prostu się zdarza? Nie – to efekt zagubienia idei samochodu. Przedmiot pożądania, symbol niezawodności stał się składową słupka na wykresie przychodu. I okazało się ile picu jest w gadaniu o niezawodności, bezpieczeńśtwie i podejściu do klienta. Przy okazji wyszło na jaw, że Toyota wydała kilka walizek pieniędzy na przekonywanie kongresmanów, że wady aut nie są poważne i nikomu nie zagrażają. Zamiast zabrać się do pracy i powymieniać te kawałki metalu. Przez to spadło zaufanie do producentów innych aut.
W ramach odreagowania polecam wybrać się na tor kartingowy – ja tak zrobię. Usiądę w najmniej wygodnym fotelu na świecie, bez śladu tapicerki, wcisnę na głowę kask, który momentalnie mi zaparuje. Kiedy będę gotów ruszyć, wcisnę do oporu pedał z prawej i popędzę przed siebie prawie szorując tyłkiem po asfalcie. Kilka zakrętów, niechcianych uślizów, kontr i ponownie przekonam się co w tej całej motoryzacji jest najważniejsze. Frajda, czysta frajda.
Share on Facebook