Maybach Rom-eon – dla dużych rodzin.

Niemiecka firma Maybach ze Sindelfingen, należąca do koncernu Daimler-Benz, słynąca z produkowania ultra-luksusowych limuzyn postanowiła wyjść na przeciw zamożnym rodzinom Romskim. Najnowszy model bazuje na modelu 62 i posiada 12 cylindrowy silnik o pokaźnej mocy.
Przednia część auta jest identyczna z tą z modelu 62. Natomiast tył to luksusowy wóz cygański naszych czasów. W środku znajdziemy najlepsze materiały – ręcznie robione kobierce, marmurowe uchwyty, piżmowe klamki oraz mini-studio do makijażu. Ciekawym elementem wyposażenia dodatkowego są wieszaki do akordeonów.
Mnóstwo miejsca i wyposażenie godne króla spełnią oczekiwania najwybredniejszych klientów.
Zainteresowanie tym modelem zgłosiło też kilka rodzin Beduinów z Arabii, ale tu specyfikacja będzie się nieco różniła. Auta przeznaczone na pustynię będą posiadały wzmocniony układ chłodzenia i klimatyzacji, a także wysuwane poidła dla wielbłądów ochrony.

Kilka danych technicznych:
Masa silnika: 270 kg
Rodzaj silnika: V12 Biturbo
Pojemność silnika: 5513 cm³ [5,5 dm³]
Moc silnika: 550 KM (405 kW) przy 5250 [obr/min.]
Maks. moment obrotowy: 900 Nm przy 3000 [obr/min.]
Prędkość maksymalna: 250 km/h (ograniczona elektronicznie)
Przyspieszenie 0 – 100 km/h: 5,4 s
Skrzynia biegów: 5 biegowa, automatyczna

Czy BMW nie są wyposażone w kierunkowskazy?

Ile razy zdarzyło się wam zostać zaskoczonym na drodze przez kierowcę auta bawarskiej firmy nagłym, niczym nie sygnalizowanym manewrem. Mi to się zdarza niemal co dzień. Doszło już do tego, ze gdy widzę BMW, to oceniam gdzie będzie najlepiej uciec – w prawo, w lewo czy może na chodnik.

Postanowiłem zgłębić to zagadnienie.
Wybrałem się do dealera BMW celem odbycia jazdy próbnej modelem tej firmy. Niemałe zdziwienie sprzedawcy wywołała moja odpowiedz na pytanie, który model chcę testować: – pierwszy wolny i zatankowany.

Nowe BMW serii 5 to naprawdę wspaniały samochód. Ma wszystko co potrzeba do sprawnej jazdy, a do tego jeszcze parę tuzinów rzeczy równie niezbędnych, co możliwość wysłania faksu z waszej komórki. Niemniej jednak, ku mojemu zaskoczeniu BMW jest wyposażone w kierunkowskazy. Posiada normalną dźwigienkę, lampy dookoła. Zacząłem zatem szukać przycisku którym można je wyłączyć, tak jak wyłączenie ESP (w BMW nazywają to DSC). Niestety nie znalazłem tegoż włącznika w aucie, jak również na długiej liście opcji.

Zdecydowałem się wiec na jazdę próbną. Nie była zbyt długa, ale dostarczyła ciekawych wrażeń. Otóż w BMW kierunkowskazy podczas jazdy naprawdę działają!  To nie żart. Specjalnie obserwowałem odbicia migaczy w karoseriach innych aut. Świecą się jak w każdym innym aucie.
Swoim zachowaniem wywołałem niedowierzanie (z przecieraniem oczu ze zdziwienia włącznie) kierowców innych pojazdów. Mam tylko nadzieję że nie potraktowali tego jako pewnik i nie zaprzestali zachowywania szczególnej ostrożności i nieufności podczas obcowania z BMW na drodze.

Jazda się odbyła, ale wróciłem do punktu wyjścia. Nasunęła mi się jedynie myśl, ze być może kierowcy Bawarskich aut celowo nie sygnalizują zamiaru skrętu. Ale to chyba niemożliwe…

Paka czterdzieści na kosiarce

Don Wales z najszybszą kosiarką świataNie wiem właściwie dlaczego, ale kosiarki do trawy działają na mnie magnetycznie. W każdym markecie budowlanym mogę spędzać długie minuty porównując moc, design i szerokość koszenia tych śmiesznych małych traktorków. Mam atawistyczną potrzebę posiadania takiej kosiarki, podobnie jak piły spalinowej. Oraz wielkiego zielonego trawnika do koszenia. Mógłbym ruszyć w świat, jak jakiś koleś w jednym filmie, albo kosić i kosić, jak Forrest Gump w innym.

Nieporównywalnie bardziej nierówno pod sufitem mają ludzie, którzy kosiarki przerabiają na wyścigówki. Jedną widziałem w siedzibie zacnej firmy tunerskiej Abt. Ponoć jest tak szybka, że kierowcę-oblatywacza po prostu wysadziła z siodła i popruła dalej sama.

No a ile na takiej kosiarce da się wyciągnąć? Już wiem – maksymalnie 141.235 km/h. Przynajmniej tyle pojechał Don Wales, notabene po walijskiej plaży Pendine Sands. Sama plaża widziała nie takie wyczyny – to na niej Malcolm Campbell we wrześniu 1924 roku pobił lądowy rekord prędkości – 235,22 km/h w 350-konnym bolidzie Sunbeam Blue Bird. Trzy lata później, w lutym 1927 roku w drugiej generacji Blue Birda przekroczył 280 km/h – prędkość, z jaką większość dzisiejszych kierowców w życiu nie pojedzie.

Malcolm Campbell w Pendine Sands, rok 1927

Campbell zaciekle rywalizował z Walijczykiem, Johnem Godfrey’em Parry-Thomasem. Tytuł króla prędkości na Pendine Sands dzierżył raz jeden, raz drugi. Od 1924 do 1927 roku obaj mieli go bodajże po dwa razy. Do ostatecznego starcia Parry-Thomas stanął zaledwie kilka dni po tym, jak Campbell przekroczył 280 km/h – trzeciego marca 1927 roku. Automobil Parry-Thomasa nazywał się Babs. Miał dość oryginalne przeniesienie napędu – silnik i koła były połączone odkrytymi łańcuchami. Jeden z nich, umieszczony z prawej strony, urwał się podczas jazdy, przy prędkości ok. 270 km/h. Babs miał jeszcze jedną cechę charakterystyczną. Bardzo wysoka pokrywa silnika wymuszała na kierowcy jazdę z głową przechyloną mocno w prawo. Parry-Thomas prawie dosłownie ją stracił. Babs spłonął kilka dni po śmierci właściciela.

Szczątki bolidu Babs, w którym zginął Parry-Thomas; zdjęcie robione z prawej strony

Do tej pory piękna plaża o długości siedmiu mil jest okazjonalnie wykorzystywana podczas różnych imprez motoryzacyjnych. Jej równa powierzchnia i dobrze ubity żwir do dziś są lepsze od niejednej drogi. I to postanowił wykorzystać facet z kosiarką. Nazwał to wszystko Project Runningblade i rozpędził swoją atomową kosiarkę do ponad 140 km/h. Zapowiedział, że na tym nie koniec i zamierza przekroczyć 16o km/h.

A trzeba przyznać, że – przynajmniej jeśli chodzi o geny – jest doskonale przygotowany do tej próby. Don Wales to wnuk sir Malcolma Campbella. Tego samego, który pędził swoim Blue Birdem po plaży Pending Sands i aż trzynastokrotnie bił rekord prędkości. Wales jest również bratankiem Donalda Campbella – ten przedstawiciel rodziny pobił rekord tylko osiem razy (w latach 50. i 60.), ale jest jedynym, który równocześnie był najszybszy i na lądzie, i na wodzie. Tytuł podwójnego króla prędkości dzierżył w roku 1964.

Teraz myślę, że chęć posiadania piły spalinowej jest w sumie mało zwariowana i jakaś taka miałka.

Golf dla dresiarza

Volkswagen Golf GTi był i jest nadal jest ulubionym autem panów o krótkich szyjach i tępych spojrzeniach. W sumie to fajne auto, ale ma fatalną reputację. Podobnie jak Opel Calibra i wszystkie modele BMW jest też najczęściej „wiejsko” tuningowanym autem w kraju.
Na czym polega wiejski tuning – w skrócie rzecz ujmując na tym aby nasz Golf  był maksymalnie inny od pozostałych, ale nie lepszy. Efekt najczęściej jest żałosny, groteskowy i paskudny, a bywa też niebezpieczny dla innych. Tak robią osobnicy dla których słowo „wyrafinowany” kojarzy się z procesem powstawania spirytusu.

Firma Volkswagen widocznie zdała sobie wreszcie sprawę z powagi sytuacji i na zebraniu Jurgen zwracając się do innych Jurgenów rzekł: My zrobić z tym musimy coś!

I zrobili… W myśl zasady, jeśli nie da się z kimś walczyć, lepiej się przyłączyć, Volkswagen nawiązał współpracę z Adidasem tworząc Golfa GTi Adidas.
Teraz każdy zamożniejszy „kark” będzie mógł podjechać pod „dyskę” swoim oryginalnym Golfem z „zimnym łokciem” w oryginalnym dresiku i gdzie łakomym wzrokiem będą go podziwiać „blachary”. Jeśli ktoś nie rozumie w pełni sensu poprzedniego zdania, na dole zamieszczony jest mini słowniczek.

Suma summarum auto zostanie zaprezentowane publicznie podczas zlotu nad Austriackim jeziorem Wörthersee, gdzie liczba panów w luźnych strojach opatrzonych trzema paskami, w przeliczeniu na metr kwadratowy jest nawet większa niż na stadionach piłkarskich. Prezentacja Golfa Adidas na tej imprezie nada określeniu  „działać pod publikę”  nowego znaczenia.

A czym się różni Golf Adidas od innych wersji.
Posiada inny wzór felg aluminiowych, znaczki adidasa na słupkach i i tapicerkę w (jakżeby inaczej) trzy paski z logiem Adidasa. O tym czy w drzwiach i bagażniku są pokrowce i uchwyty do kijów baseballowych Volkswagen nie poinformował.

W sumie trudno mieć pretensję do Volkswagena o takie działanie, w końcu to auto dla ludu. Trudniej zrozumieć Audi promujące najnowszy model A1 w wersjach dla kibiców.
To trochę tak jakby Ryszard Rynkowski dołączył do Top-One aby spełniać się wokalnie na potańcówkach w remizie.

Słowniczek:

Kark – osoba o ilorazie inteligencji odwrotnie proporcjonalnym do obwodu klatki piersiowej. Gdy spytacie go o cokolwiek na co nie będzie miał odpowiedzi, powie K…wa!

Dyska – dyskoteka.

Zimny łokieć – jazda z otwartym oknem i wysuniętym łokciem. Spopularyzowana przez kierowców Maluchów.

Blachara – pani doskonale znająca ceny samochodów (może nosi przy sobie tabelę Eurotaxu?), opuszczająca dyskotekę w towarzystwie posiadacza najdroższego samochodu.

Toyotą do wulkanu

Hilux - wjedzie wszędzie?
Kiedy w końcu udało mi się dziś wyjść z pracy i odetchnąć świeżym powietrzem… Dałbym głowę, że nie było takie świeże! Może to tylko wrażenie, ale wydawało mi się, że poczułem aromat niedawnej erupcji islandzkiego wulkanu.

Islandia znowu zrobiła Europie brzydki kawał. Pozwoliła bezczelnemu wulkanowi Eyjafjöll znajdującemu się pod lodowcem Eyjafjallajökull (chciałem postawić piwo każdemu rodakowi, który poprawnie wymówi obie te nazwy, ale po pierwsze – nie mam bladego pojęcia, jak się ją poprawnie wymawia i co znaczy; a po drugie, zbyt wielu Polaków na Islandii pracuje bądź pracowało), wyrzucić w atmosferę gigantyczną chmurę pyłów wzbogaconych o gazy. Ściślej rzecz ujmując, chmura składa się z popiołu wulkanicznego, w którym znajdują się tzw. lapille – wrzecionowate fragmenty zastygłej lawy o wielkości 2-3 mm. A to wszystko podróżuje w chmurze pary wodnej, dwutlenku węgla (ekolodzy! drżyjcie ze zgrozy, zgorszenia i trwogi!), tlenku węgla (ten akurat gaz jest zabójczy…), fluoru, chloru, siarki i dwutlenku siarki (które w przeciwieństwie do poczciwego CO2 potrafią truć).
Jak na razie chmura pyłu i gazów zablokowała ruch powietrzny nad prawie całą Europą i zaraziła kilka fińskich myśliwców. Zaraz, chyba nie do końca się zrozumieliśmy – zablokowała ruch powietrzny nad Europą – to znaczy wyłączyła z użytku wszystkie samoloty na Starym Kontynencie.

Nie działa żadne lotnisko w Europie – w Londynie, Paryżu a nawet w Rzeszowie. WHO, Światowa Organizacja Zdrowia, która zbłaźniła się agresywną promocją szczepionek na świńską grypę alarmuje, że chmura może zagrażać ludziom. Akurat… Na pewno nie zagroziła jednej z niewielu Toyot, jakie lubimy!
Pojawia się pytanie – jakie Toyoty lubimy? Wiadomo – starą MR2, starą Celikę, starego Land Cruisera.
I chyba jedyne auto tej marki, któremu cześć oddali Jeremy Clarkson, James May i Richard Hammond. Bo pomimo usilnych starań nie udało się im go zniszczyć.

Hilux. I wszystko jasne – auto niezniszczalne. Znowu potwierdziło swoje kompetencje. Jak? Do wulkanu, który uziemił wszystkie europejskie samoloty wybrała się grupa naukowców. Toyota chwali się, że Hilux w ekstremalnej specyfikacji, przygotowanej przez speców z Arctic Trucks, identycznej jak ta, w której Jeremy Clarkson i James May dokonali swojej historycznej arktycznej wyprawy (część 1; część 2)dowiózł naukowców do samego wulkanu, właśnie po to, by mogli dokonać przeglądu aparatury badawczej! I to… tuż przed wybuchem… Yyy, to tak, jakbym się pochwalił kumplom, że wpadłem w ramiona Igi Wyrwał i utonąłem w jej atutach. Bo poślizgnąłem się na świeżo umytej przeze mnie podłodze a resztę zdziałała grawitacja.

Dobra, dość wygłupów. To, że naukowcy wybrali się na badania wulkanu zaledwie kilka godzin przed jego wybuchem, świadczy o ich szczęściu. Ten ma w zwyczaju eksplodować raz na mniej więcej 300-350 lat. Sęk w tym, że trudno wyczuć dekadę, rok, miesiąc a co dopiero dzień lub godzinę. Naukowcy zachowali się więc jak prawdziwi twardziele. Hilux też. A kiedy oglądam zdjęcia tego legendarnego pikapa na tle wulkanu tuż przed wybuchem, to wyobrażam sobie siebie w ekstremalnej sytuacji z…
Wystarczy, wolę nie ryzkować furii bliskiego mi rudowłosego wulkanu ;)
Hilux - wjedzie wszędzie? Hilux - wjedzie wszędzie?
Hilux - wjedzie wszędzie? Hilux - wjedzie wszędzie?

Komu podoba się nowy Opel Astra

Najnowsze wcielenie popularnej Astry może się podobać. Dynamiczna sylwetka całkowicie zrywająca z narysowana za pomocą ekierki poprzedniczką łączy miękkie linie w sportowy klin.

Jednak psim smakoszom z Korei Astra spodobała się chyba zbyt mocno. Ich nowa Kia Forte w wersji hatchback (nie oferowana w europie) bardzo przypomina nową Astrę szczególnie gdy popatrzymy z tyłu. Gdy popatrzymy z przodu zobaczymy Hondę Accord, ale to już inna historia…

Na prośbę jednego z czytelników zamieszczam zdjęcie przodu Kii Forte

Ryjmy stadion :)

Błażusiak i Renner w akcji
Nie wiem czemu, ale na ikonę imprez motoryzacyjnych w Polsce wyrasta… Stadion Narodowy w Warszawie. Mimo, że od dawna nie pełni roli stadionu :)
Dobrze pamiętam Red-Bull X Fighters. Stadion zaorano, na prowizorycznych trybunach zebrały się tysiące ludzi a chłopaki na motocyklach typu gnojozryw dali takiego czadu, że widowni pospadały buty z wrażenia. Ten dzień zostanie w mojej pamięci na długo. Pogadałem z Travisem Pastraną – chłopakiem, który odczuwa nieodpartą potrzebę latania na wszystkim co jeździ i miał złamaną chyba każdą kość w organizmie. Jest przypadkiem beznadziejnym, acz niesamowicie fartownym. Kiedyś oderwał sobie miednicę od kręgosłupa. Nie dość, że przeżył (szczęśliwie), to jest w stanie chodzić (chyba jako jedyny na świecie po takim urazie) i jeździć na motocyklu oraz po rajdowych trasach w swoim Subaru (niewytłumaczalne). Oprócz tego jest… niesamowicie normalny. Pozbawiony kombinezona, ochraniaczy i grudek błota wbitych w twarz wyglądałby jak zwykły amerykański chłopak, który nie ma do cna zrytego beretu. Świetny gość, organicznie pozbawiony potrzeby gwiazdowania i niesamowicie sympatyczny. Inni riderzy (nie wiem, jak nazywać tych gości!) – równie fajni faceci, otwarci, mili.
Tamten wieczór zapamiętam z jeszcze jednego powodu. Poszedłem tam zawodowo i spędziłem noc w pracy na montowaniu filmu z tej imprezy. Dobrze, że sponsorem był Red Bull :D

Impreza Red Bulla zamknęła Stadion X-lecia, impreza Red Bulla była pierwszą na Stadionie Narodowym. Jak to możliwe? Po placu budowy pościgali się Teddy Błażusiak z Ronniem Rennerem. Zdjęcia znajdziecie pod tym adresem, film z wyścigu – poniżej:

Szkoda tylko, że to pewnie ostatnia impreza moto na Stadionie Narodowym. A może się mylę? Na Stat de France w Paryżu odbywa się nawet Race of Champions. Marzenia…
A więcej zdjęć z rozjeżdżania budowy Stadionu Narodowego znajdziecie na jego oficjalnej stronie.

A my narzekamy na naszą Policję…

Gazeta.pl donosi:

„Moskiewska drogówka przyznała, że jej funkcjonariusze w nocy z poniedziałku na wtorek ustawili na MKADzie (obwodnica stolicy) „żywą tarczę” z przypadkowo zatrzymanych prywatnych samochodów, by zatrzymać uciekającego im przestępcę

Mimo blokady kierowca ściganego wozu nie zatrzymał się. Przebił się przez ścianę z aut, kilka z nich uszkadzając i uciekł. W samochodach cały czas siedzieli – nie rozumiejący co się dzieje – pasażerowie. Milicjanci powiedzieli poszkodowanym właścicielom aut, że żadna rekompensata im się nie należy.”

Nasza Policja jaka jest każdy widzi, ale takiej inwencji na szczęście nie wykazuje.

Blachy i blachary

Sytuacja sprzed dwóch dni.

Podjeżdżam pod pracę. Pod budynkiem stoją kumple na fajeczku. Gdy podchodzę, pytają mnie czemu jeżdżę bez blachy, czy to mój sposób na fotoradary?

No i się zaczęło.

Gdy już dotarło do mnie, że faktycznie po rejestracji nie ma śladu, nie licząc fragmentu ramki która ją niegdyś trzymała, postanowiłem poprosić wszechwiedzące bóstwo o pomoc.

Dzięki bóstwu (www.google.pl) znalazłem przepis który mówi że mam się zgłosić do Urzędu Komunikacji w miejscu rejestracji, z dowodem rejestracyjnym, kartą pojazdu i ocalałą tablicą, i za jakiś (kwestia sporna) czas dostanę duplikat.

Proste, ale mój kłopot polegał na tym, że właściwy Wydział Komunikacji znajduje się 450km od domu. Dodatkowo doczytałem że najlepiej od razu zgłosić kradzież na Policji. Ok, nie ma sprawy. Zwolniłem się z pracy, pojechałem na najbliższą miejscu zamieszkania komendę.

Pan Policjant stanowczo odradził mi zgłoszenie, twierdząc że od momentu zgłoszenia będę non stop zatrzymywany przez patrole (kierujące się przekonaniem że ja mam tą skradzioną tablicę) i dodatkowo za każdym razem będę płacił mandat, bo zaświadczenie z policji nie uprawnia mnie do jazdy?! bez tablicy. No tak…

Wróciwszy pod dom obszedłem okolicę w nadziei znalezienia tablicy. Po „blaszce” ani śladu. Dorobiłem więc wraz  z żoną tablicę z papieru( pełnowymiarowa i w kolorze, a jakże!!), zalaminowaną na czas gdy będę jechał 450km do Urzędu Komunikacji.

I oto nadeszło natchnienie…

W sobotę dokonaliśmy uroczystego, pierwszego od dość długiego czasu przejazdu przez myjnię automatyczną. Może tam… Wykonałem serię telefonów do myjni i udało mi się ustalić, że to jest myjnia ręczna, a oni nie udzielą mi informacji ponieważ nie mają łączności!! z myjnią automatyczną. No nic. Pofatygowałem się sam – po nocy, chyłkiem i powoli coby nie narazić się panom w oznakowanych samochodach. Okazało się, że „blaszka” grzecznie czekała w biurze pana obsługującego myjnię – wielkie dzięki!! – jeszcze tylko wyprawa do supermarketu po ramkę, browarek na uczczenie znaleziska i sprawa załatwiona. Znowu, legalnie, poruszam się po drogach.

Serdecznie dziękuję panu z myjni – nie znam z imienia i nazwiska – przy stacji benzynowej Neste na Żoliborzu, przy zjeździe z Trasy Toruńskiej. Dzięki jego uprzejmości ominęły mnie spore wydatki o straconych nerwach i dniach urlopowych na uganianie się po Urzędach nie wspomnę.

Rzecz o pedałach

Bill Gates miał kiedyś powiedzieć: „Gdyby samochód rozwijał się w takim tempie jak komputer, ważyłby dziś 5 kg, palił galon na 1000 km i osiągał prędkość ponad 800 km/h”. Ponoć rzecznik General Motors odpowiedział na tę prowokację słowami, że gdyby GM rozwinął taką technologię jak Microsoft, auto ulegałoby wypadkowi dwa razy dziennie bez żadnego powodu, po każdym nowym malowaniu znaków na jezdni należałoby kupić nowe auto, które i tak od czasu do czasu stawałby bez powodu na drodze. Wtedy należałoby uznać to za normalne, zapalić ponownie silnik i kontynuować jazdę.

Kiedyś się z tego dowicpu śmiałem, dziś wiem, że był proroczy. Bo producenci samochodów doprowadzili do tego, że auto niewiele różni się od iPoda. Tylko nie budzi takich emocji. Każdy nowy produkt z literką „i” rozpala internetowe fora a iManiacy nocami stoją w kolejkach, by doświadczyć geniuszu Steve’a Jobsa. Czy ktoś walczy łokciami, by jako pierwszy zasiąść za kierownicą Mistubishi iMiev?

Gdy na ekranie mojego odtwrazacza mp3 wyświetli się napis ERROR a potem zgaśnie na wieki, wcisnę go w najciemniejszy kąt szuflady i po krzyku. I nic mi się nie stanie. A kiedy popsuje się auto, i to w trakcie jazdy? Japończycy doprowadzili do tego, że produkowane na masową skalę, pozbawione duszy i wyprane z emocji blaszane pudełka zawodzą w najważniejszych momentach i zagrażają ludziom. Szef Toyoty, Akio Toyoda, korzy się przed amerykańskim Senatem, przeprasza klientów i drży o sprzedaż swych wyrobów. Wolałbym, żeby zatroszczył się o ludzkie życie. Bo na gigantycznym amerykańskim rynku blokujący się pedał gazu stał się ponoć przyczyną dwóch tysięcy(!) wypadków i kosztował życie pięciu osób.

Przed tą samą senacką komisją, przed którą pąsowiał ze wstydu szef Toyoty, stanęła jako świadek właścicielka Lexusa, który w 2006 roku postanowił sam sobie pojeździć.

- Starałam się zmieniać biegi w samochodzie na wszelkie możliwe sposoby – w tym także na bieg neutralny. W pewnym momencie wrzuciłam wsteczny jednak samochód ciągle przyspieszał osiągając prędkość ponad 160 kilometrów na godzinę. Wciskałam hamulec obiema nogami, włączyłam także hamulec ręczny jednak to też nie pomogło. [...] Po 6 milach zainterweniował Bóg. Samochód zaczął powoli zwalniać, zjechałam na bok i zatrzymałam się. Nieustannie trzymałam obie nogi na hamulcu jednak silnik ciągle zmieniał obroty – opowiadała Rhonda Smith.

Na ogół uważam Amerykanów za bardzo wdzięczny temat niewybrednych dowcipów, ale pani Smith głęboko współczuję. W takiej sytuacji nawet Nergal zacząłby się modlić. Uwielbiam jeździć, ale nie wiem, czy po czymś takim odważyłbym się wsiąść do samochodu.  Bo po co nam poduszki, kurtyny, systemy bezpieczeństwa? W starciu ze źle zaprojektowanym, kilkucentymetrowym kawałkiem metalu stały się bezużytecznym szmelcem.

Czy problemy z zacinającym się pedałem to tylko zwykła usterka, która po prostu się zdarza? Nie – to efekt zagubienia idei samochodu. Przedmiot pożądania, symbol niezawodności stał się składową słupka na wykresie przychodu. I okazało się ile picu jest w gadaniu o niezawodności, bezpieczeńśtwie i podejściu do klienta. Przy okazji wyszło na jaw, że Toyota wydała kilka walizek pieniędzy na przekonywanie kongresmanów, że wady aut nie są poważne i nikomu nie zagrażają. Zamiast zabrać się do pracy i powymieniać te kawałki metalu. Przez to spadło zaufanie do producentów innych aut.

W ramach odreagowania polecam wybrać się na tor kartingowy – ja tak zrobię. Usiądę w najmniej wygodnym fotelu na świecie, bez śladu tapicerki, wcisnę na głowę kask, który momentalnie mi zaparuje. Kiedy będę gotów ruszyć, wcisnę do oporu pedał z prawej i popędzę przed siebie prawie szorując tyłkiem po asfalcie. Kilka zakrętów, niechcianych uślizów, kontr i ponownie przekonam się co w tej całej motoryzacji jest najważniejsze. Frajda, czysta frajda.