Paka czterdzieści na kosiarce

Don Wales z najszybszą kosiarką świataNie wiem właściwie dlaczego, ale kosiarki do trawy działają na mnie magnetycznie. W każdym markecie budowlanym mogę spędzać długie minuty porównując moc, design i szerokość koszenia tych śmiesznych małych traktorków. Mam atawistyczną potrzebę posiadania takiej kosiarki, podobnie jak piły spalinowej. Oraz wielkiego zielonego trawnika do koszenia. Mógłbym ruszyć w świat, jak jakiś koleś w jednym filmie, albo kosić i kosić, jak Forrest Gump w innym.

Nieporównywalnie bardziej nierówno pod sufitem mają ludzie, którzy kosiarki przerabiają na wyścigówki. Jedną widziałem w siedzibie zacnej firmy tunerskiej Abt. Ponoć jest tak szybka, że kierowcę-oblatywacza po prostu wysadziła z siodła i popruła dalej sama.

No a ile na takiej kosiarce da się wyciągnąć? Już wiem – maksymalnie 141.235 km/h. Przynajmniej tyle pojechał Don Wales, notabene po walijskiej plaży Pendine Sands. Sama plaża widziała nie takie wyczyny – to na niej Malcolm Campbell we wrześniu 1924 roku pobił lądowy rekord prędkości – 235,22 km/h w 350-konnym bolidzie Sunbeam Blue Bird. Trzy lata później, w lutym 1927 roku w drugiej generacji Blue Birda przekroczył 280 km/h – prędkość, z jaką większość dzisiejszych kierowców w życiu nie pojedzie.

Malcolm Campbell w Pendine Sands, rok 1927

Campbell zaciekle rywalizował z Walijczykiem, Johnem Godfrey’em Parry-Thomasem. Tytuł króla prędkości na Pendine Sands dzierżył raz jeden, raz drugi. Od 1924 do 1927 roku obaj mieli go bodajże po dwa razy. Do ostatecznego starcia Parry-Thomas stanął zaledwie kilka dni po tym, jak Campbell przekroczył 280 km/h – trzeciego marca 1927 roku. Automobil Parry-Thomasa nazywał się Babs. Miał dość oryginalne przeniesienie napędu – silnik i koła były połączone odkrytymi łańcuchami. Jeden z nich, umieszczony z prawej strony, urwał się podczas jazdy, przy prędkości ok. 270 km/h. Babs miał jeszcze jedną cechę charakterystyczną. Bardzo wysoka pokrywa silnika wymuszała na kierowcy jazdę z głową przechyloną mocno w prawo. Parry-Thomas prawie dosłownie ją stracił. Babs spłonął kilka dni po śmierci właściciela.

Szczątki bolidu Babs, w którym zginął Parry-Thomas; zdjęcie robione z prawej strony

Do tej pory piękna plaża o długości siedmiu mil jest okazjonalnie wykorzystywana podczas różnych imprez motoryzacyjnych. Jej równa powierzchnia i dobrze ubity żwir do dziś są lepsze od niejednej drogi. I to postanowił wykorzystać facet z kosiarką. Nazwał to wszystko Project Runningblade i rozpędził swoją atomową kosiarkę do ponad 140 km/h. Zapowiedział, że na tym nie koniec i zamierza przekroczyć 16o km/h.

A trzeba przyznać, że – przynajmniej jeśli chodzi o geny – jest doskonale przygotowany do tej próby. Don Wales to wnuk sir Malcolma Campbella. Tego samego, który pędził swoim Blue Birdem po plaży Pending Sands i aż trzynastokrotnie bił rekord prędkości. Wales jest również bratankiem Donalda Campbella – ten przedstawiciel rodziny pobił rekord tylko osiem razy (w latach 50. i 60.), ale jest jedynym, który równocześnie był najszybszy i na lądzie, i na wodzie. Tytuł podwójnego króla prędkości dzierżył w roku 1964.

Teraz myślę, że chęć posiadania piły spalinowej jest w sumie mało zwariowana i jakaś taka miałka.

Toyotą do wulkanu

Hilux - wjedzie wszędzie?
Kiedy w końcu udało mi się dziś wyjść z pracy i odetchnąć świeżym powietrzem… Dałbym głowę, że nie było takie świeże! Może to tylko wrażenie, ale wydawało mi się, że poczułem aromat niedawnej erupcji islandzkiego wulkanu.

Islandia znowu zrobiła Europie brzydki kawał. Pozwoliła bezczelnemu wulkanowi Eyjafjöll znajdującemu się pod lodowcem Eyjafjallajökull (chciałem postawić piwo każdemu rodakowi, który poprawnie wymówi obie te nazwy, ale po pierwsze – nie mam bladego pojęcia, jak się ją poprawnie wymawia i co znaczy; a po drugie, zbyt wielu Polaków na Islandii pracuje bądź pracowało), wyrzucić w atmosferę gigantyczną chmurę pyłów wzbogaconych o gazy. Ściślej rzecz ujmując, chmura składa się z popiołu wulkanicznego, w którym znajdują się tzw. lapille – wrzecionowate fragmenty zastygłej lawy o wielkości 2-3 mm. A to wszystko podróżuje w chmurze pary wodnej, dwutlenku węgla (ekolodzy! drżyjcie ze zgrozy, zgorszenia i trwogi!), tlenku węgla (ten akurat gaz jest zabójczy…), fluoru, chloru, siarki i dwutlenku siarki (które w przeciwieństwie do poczciwego CO2 potrafią truć).
Jak na razie chmura pyłu i gazów zablokowała ruch powietrzny nad prawie całą Europą i zaraziła kilka fińskich myśliwców. Zaraz, chyba nie do końca się zrozumieliśmy – zablokowała ruch powietrzny nad Europą – to znaczy wyłączyła z użytku wszystkie samoloty na Starym Kontynencie.

Nie działa żadne lotnisko w Europie – w Londynie, Paryżu a nawet w Rzeszowie. WHO, Światowa Organizacja Zdrowia, która zbłaźniła się agresywną promocją szczepionek na świńską grypę alarmuje, że chmura może zagrażać ludziom. Akurat… Na pewno nie zagroziła jednej z niewielu Toyot, jakie lubimy!
Pojawia się pytanie – jakie Toyoty lubimy? Wiadomo – starą MR2, starą Celikę, starego Land Cruisera.
I chyba jedyne auto tej marki, któremu cześć oddali Jeremy Clarkson, James May i Richard Hammond. Bo pomimo usilnych starań nie udało się im go zniszczyć.

Hilux. I wszystko jasne – auto niezniszczalne. Znowu potwierdziło swoje kompetencje. Jak? Do wulkanu, który uziemił wszystkie europejskie samoloty wybrała się grupa naukowców. Toyota chwali się, że Hilux w ekstremalnej specyfikacji, przygotowanej przez speców z Arctic Trucks, identycznej jak ta, w której Jeremy Clarkson i James May dokonali swojej historycznej arktycznej wyprawy (część 1; część 2)dowiózł naukowców do samego wulkanu, właśnie po to, by mogli dokonać przeglądu aparatury badawczej! I to… tuż przed wybuchem… Yyy, to tak, jakbym się pochwalił kumplom, że wpadłem w ramiona Igi Wyrwał i utonąłem w jej atutach. Bo poślizgnąłem się na świeżo umytej przeze mnie podłodze a resztę zdziałała grawitacja.

Dobra, dość wygłupów. To, że naukowcy wybrali się na badania wulkanu zaledwie kilka godzin przed jego wybuchem, świadczy o ich szczęściu. Ten ma w zwyczaju eksplodować raz na mniej więcej 300-350 lat. Sęk w tym, że trudno wyczuć dekadę, rok, miesiąc a co dopiero dzień lub godzinę. Naukowcy zachowali się więc jak prawdziwi twardziele. Hilux też. A kiedy oglądam zdjęcia tego legendarnego pikapa na tle wulkanu tuż przed wybuchem, to wyobrażam sobie siebie w ekstremalnej sytuacji z…
Wystarczy, wolę nie ryzkować furii bliskiego mi rudowłosego wulkanu ;)
Hilux - wjedzie wszędzie? Hilux - wjedzie wszędzie?
Hilux - wjedzie wszędzie? Hilux - wjedzie wszędzie?

Ryjmy stadion :)

Błażusiak i Renner w akcji
Nie wiem czemu, ale na ikonę imprez motoryzacyjnych w Polsce wyrasta… Stadion Narodowy w Warszawie. Mimo, że od dawna nie pełni roli stadionu :)
Dobrze pamiętam Red-Bull X Fighters. Stadion zaorano, na prowizorycznych trybunach zebrały się tysiące ludzi a chłopaki na motocyklach typu gnojozryw dali takiego czadu, że widowni pospadały buty z wrażenia. Ten dzień zostanie w mojej pamięci na długo. Pogadałem z Travisem Pastraną – chłopakiem, który odczuwa nieodpartą potrzebę latania na wszystkim co jeździ i miał złamaną chyba każdą kość w organizmie. Jest przypadkiem beznadziejnym, acz niesamowicie fartownym. Kiedyś oderwał sobie miednicę od kręgosłupa. Nie dość, że przeżył (szczęśliwie), to jest w stanie chodzić (chyba jako jedyny na świecie po takim urazie) i jeździć na motocyklu oraz po rajdowych trasach w swoim Subaru (niewytłumaczalne). Oprócz tego jest… niesamowicie normalny. Pozbawiony kombinezona, ochraniaczy i grudek błota wbitych w twarz wyglądałby jak zwykły amerykański chłopak, który nie ma do cna zrytego beretu. Świetny gość, organicznie pozbawiony potrzeby gwiazdowania i niesamowicie sympatyczny. Inni riderzy (nie wiem, jak nazywać tych gości!) – równie fajni faceci, otwarci, mili.
Tamten wieczór zapamiętam z jeszcze jednego powodu. Poszedłem tam zawodowo i spędziłem noc w pracy na montowaniu filmu z tej imprezy. Dobrze, że sponsorem był Red Bull :D

Impreza Red Bulla zamknęła Stadion X-lecia, impreza Red Bulla była pierwszą na Stadionie Narodowym. Jak to możliwe? Po placu budowy pościgali się Teddy Błażusiak z Ronniem Rennerem. Zdjęcia znajdziecie pod tym adresem, film z wyścigu – poniżej:

Szkoda tylko, że to pewnie ostatnia impreza moto na Stadionie Narodowym. A może się mylę? Na Stat de France w Paryżu odbywa się nawet Race of Champions. Marzenia…
A więcej zdjęć z rozjeżdżania budowy Stadionu Narodowego znajdziecie na jego oficjalnej stronie.

Rzecz o pedałach

Bill Gates miał kiedyś powiedzieć: „Gdyby samochód rozwijał się w takim tempie jak komputer, ważyłby dziś 5 kg, palił galon na 1000 km i osiągał prędkość ponad 800 km/h”. Ponoć rzecznik General Motors odpowiedział na tę prowokację słowami, że gdyby GM rozwinął taką technologię jak Microsoft, auto ulegałoby wypadkowi dwa razy dziennie bez żadnego powodu, po każdym nowym malowaniu znaków na jezdni należałoby kupić nowe auto, które i tak od czasu do czasu stawałby bez powodu na drodze. Wtedy należałoby uznać to za normalne, zapalić ponownie silnik i kontynuować jazdę.

Kiedyś się z tego dowicpu śmiałem, dziś wiem, że był proroczy. Bo producenci samochodów doprowadzili do tego, że auto niewiele różni się od iPoda. Tylko nie budzi takich emocji. Każdy nowy produkt z literką „i” rozpala internetowe fora a iManiacy nocami stoją w kolejkach, by doświadczyć geniuszu Steve’a Jobsa. Czy ktoś walczy łokciami, by jako pierwszy zasiąść za kierownicą Mistubishi iMiev?

Gdy na ekranie mojego odtwrazacza mp3 wyświetli się napis ERROR a potem zgaśnie na wieki, wcisnę go w najciemniejszy kąt szuflady i po krzyku. I nic mi się nie stanie. A kiedy popsuje się auto, i to w trakcie jazdy? Japończycy doprowadzili do tego, że produkowane na masową skalę, pozbawione duszy i wyprane z emocji blaszane pudełka zawodzą w najważniejszych momentach i zagrażają ludziom. Szef Toyoty, Akio Toyoda, korzy się przed amerykańskim Senatem, przeprasza klientów i drży o sprzedaż swych wyrobów. Wolałbym, żeby zatroszczył się o ludzkie życie. Bo na gigantycznym amerykańskim rynku blokujący się pedał gazu stał się ponoć przyczyną dwóch tysięcy(!) wypadków i kosztował życie pięciu osób.

Przed tą samą senacką komisją, przed którą pąsowiał ze wstydu szef Toyoty, stanęła jako świadek właścicielka Lexusa, który w 2006 roku postanowił sam sobie pojeździć.

- Starałam się zmieniać biegi w samochodzie na wszelkie możliwe sposoby – w tym także na bieg neutralny. W pewnym momencie wrzuciłam wsteczny jednak samochód ciągle przyspieszał osiągając prędkość ponad 160 kilometrów na godzinę. Wciskałam hamulec obiema nogami, włączyłam także hamulec ręczny jednak to też nie pomogło. [...] Po 6 milach zainterweniował Bóg. Samochód zaczął powoli zwalniać, zjechałam na bok i zatrzymałam się. Nieustannie trzymałam obie nogi na hamulcu jednak silnik ciągle zmieniał obroty – opowiadała Rhonda Smith.

Na ogół uważam Amerykanów za bardzo wdzięczny temat niewybrednych dowcipów, ale pani Smith głęboko współczuję. W takiej sytuacji nawet Nergal zacząłby się modlić. Uwielbiam jeździć, ale nie wiem, czy po czymś takim odważyłbym się wsiąść do samochodu.  Bo po co nam poduszki, kurtyny, systemy bezpieczeństwa? W starciu ze źle zaprojektowanym, kilkucentymetrowym kawałkiem metalu stały się bezużytecznym szmelcem.

Czy problemy z zacinającym się pedałem to tylko zwykła usterka, która po prostu się zdarza? Nie – to efekt zagubienia idei samochodu. Przedmiot pożądania, symbol niezawodności stał się składową słupka na wykresie przychodu. I okazało się ile picu jest w gadaniu o niezawodności, bezpieczeńśtwie i podejściu do klienta. Przy okazji wyszło na jaw, że Toyota wydała kilka walizek pieniędzy na przekonywanie kongresmanów, że wady aut nie są poważne i nikomu nie zagrażają. Zamiast zabrać się do pracy i powymieniać te kawałki metalu. Przez to spadło zaufanie do producentów innych aut.

W ramach odreagowania polecam wybrać się na tor kartingowy – ja tak zrobię. Usiądę w najmniej wygodnym fotelu na świecie, bez śladu tapicerki, wcisnę na głowę kask, który momentalnie mi zaparuje. Kiedy będę gotów ruszyć, wcisnę do oporu pedał z prawej i popędzę przed siebie prawie szorując tyłkiem po asfalcie. Kilka zakrętów, niechcianych uślizów, kontr i ponownie przekonam się co w tej całej motoryzacji jest najważniejsze. Frajda, czysta frajda.